Stefan Wesołowski – Rite of The End

Być bezlotnym dronem!

Wychodzenie poza strefę komfortu staje się wręczy czymś „normalnym” u Stefana Wesołowskiego, patrząc na jego rozwijającą się karierę. Od roku 2008 roku, czyli ukazania się debiutanckiej płyty „Kompleta” (Gusstaff Records/Fundacja Pointa), Stefan pokonał ogromną drogą, kopiąc kolejne dźwiękowe tunele prowadzące do powstania bardzo dobrego albumu „Liebestod” (Important Records, 2013, recenzja) oraz ścieżki dźwiękowej do filmu dokumentalnego „Listen To Me Marlon” (2015) wyreżyserowanego przez Stevena Rileya.   

Bardzo mnie cieszy fakt, że polskie media doceniają twórczość rodzimego skrzypka, kompozytora i producenta, choć jak na razie skromnie (chodzi mi o ilość recenzji), ale na czele z Bartkiem Chacińskim nie kryjącym zachwytu po przesłuchaniu najnowszego krążka Wesołowskiego – „Rite of The End”, który napisał tak: Wśród polskich artystów takiej płyty jeszcze nie słyszałem. Redakcyjna koleżanka z Nowej Muzyki, Paulina Miedzińska, również dostrzegła w „Rite of The End” wiele dobrego, komentując w ten oto sposób: Jego muzyka porusza pierwotne ludzkie instynkty, zaspokajając rosnącą w społeczeństwie potrzebę obcowania z sacrum.

Można powiedzieć, że Wesołowski zachodzi od tyłu klasyczne dzieła, uczynił to choćby na wspomnianej płycie „Liebestod”, gdzie „Tristan i Izolda” Richarda Wagnera dostał zastrzyk ze współczesności w postaci elektroniki. Z kolei przy „Rite of The End” mówi się o nawiązaniu do „Święta Wiosny” Igora Strawińskiego (nie tylko na poziomie tytułu albumu), Wagnera czy Bena Frosta. Swoją drogą, przy okazji przypomniałem sobie o bardzo udanej interpretacji dzieła rosyjskiego kompozytora wykonanej przez Jerzego Mazzolla i Tomasza Sroczyńskiego na płycie „Rite of Spring Variation” (Requiem Records, 2013, recenzja).

Na „Rite of The End” Wesołowski prowadzi nas w nieco mniej romantyczne zaułki niż poprzednio, tym razem wybrał aleje nasycone mrokiem, w których odnajdą drogę między innymi miłośnicy twórczości Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego czy Jóhanna Jóhannssona. Odnośnie Pendereckiego, mam pewne skojarzenia w warstwie instrumentów smyczkowych. W „Prelude” czy zwłaszcza końcowe sekundy „Rex, Rex!” przywodzą na myśl „Tren Ofiarom Hiroszimy”. Myślałem też o uwzględnieniu tu Maxa Richtera, ale jakoś nie pasuje mi on do mrocznego Wesołowskiego, szczególnie biorąc pod uwagę to, co Niemiec zaproponował w 2012 roku na „Recomposed by: Vivaldi – The Four Seasons”.

Przepiękna dronowo-ambientowa magma, jaka powstała w tytułowym fragmencie „Rite of the End”, obrała odpowiedni kierunek – Lawrence English. Za to filmową narracją wyróżnia się utwór „Seven Maidens”, przypominający szybowanie tuż nad wierzchołkiem jednego z islandzkich wulkanów. Dronowa beczka Pandory wypucza z siebie na koniec wspaniałe i melancholijne duchy w „Hoarfrost II”.  

Stefan Wesołowski przygotowała mistyczne monstrum – kąsające, drapiące i jednocześnie perwersyjnie przymilające się do naszych emocji. Niełatwo jest uzyskać jakże pożądany niedosyt w muzyce. Stefanowi Wesołowskiemu udało się to zrobić, jak mało komu w tym roku!

28.04.2017 | Ici D’ailleurs, Mute Song

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Create a website or blog at WordPress.com

Up ↑

%d blogerów lubi to: